Champions Cup
Union Bordeaux-Bègles – Leinster 41:19. Drugi raz w historii finały europejskich pucharów rozegrano w hiszpańskim Bilbao. Pełne trybuny, świetna atmosfera i dwa zwycięstwa francuskich drużyn. W finale Champions Cup nieoczekiwanie pierwszym skrzydłowym, który zapunktował, był Tommy O’Brien. Leinster jako pierwszy zdobył przewagę, ale zaraz potem sytuacja się zmieniła. Co prawda pierwszą świetną okazję Francuzów udaremnił szarżą w ostatniej chwili Harry Byrne, ale w kilku kolejnych minutach worek z przyłożeniami dla Bordeaux się jednak rozwiązał. Zaczął Maxime Lucu po szybkim rozegraniu karnego, potem Pablo Uberti, a jako trzeci przyłożył Louis Bielle-Biarrey po imponującym wykończeniu „niczym baletnica” (jak podsumował to komentator). Leinster próbował się zrewanżować, ale bez skutku, a tuż przed końcem pierwszej połowy Bordeaux zdobyło kolejne dwa przyłożenia – najpierw znowu Bielle-Biarrey po akcji świetnie rozpoczętej przez Damiana Penaud, a potem Yoram Moefana po przechwycie na własnej połowie. W efekcie do przerwy było 35:7 dla Francuzów i trudno już było liczyć na to, że Leinster odwróci losy meczu. Druga połowa zaczęła się co prawda od żółtej kartki Maxime’a Lucu, potem zszedł z kontuzją Cameron Woki, ale Leinster, choć zdobył przyłożenie, przy dwóch innych atakach stracił piłkę. A potem Bordeaux spokojnie kontrolowało spotkanie, dorzucając kolejne punkty z karnych (Lucu uzbierał w tym meczu 21 punktów, w tym kopnął karnego z własnej połowy). I choć w ostatnich 10 minutach Leinster zapunktował, a Bordeaux drugi raz zostało w czternastkę, było już za późno na odrobienie 29-punktowej straty. Tym bardziej, że w tej fazie gry Irlandczycy czterokrotnie stracili piłkę w polu 22 m rywali, w tym dwukrotnie pod samą linią bramkową, gdy wydawało się, że zdobycie punktów jest tylko kwestią czasu. Najlepszy atak w Europie był górą w tym meczu, ale Francuzi imponowali także w obronie. Bordeaux obroniło tytuł sprzed roku (drugi raz z rzędu zdobywając go z kompletem zwycięstw na koncie), a Leinster w pogoni za piątym triumfem musi przełknąć piątą porażkę w finale w ciągu ostatnich kilku lat (i chyba najboleśniejszą z nich wszystkich). Lucu zaś został drugi rok z rzędu najlepszym graczem finału.
Challenge Cup
Montpellier Hérault – Ulster 59:24. Dzień wcześniej, także w Bilbao, finał mniej prestiżowych rozgrywek, Challenge Cup, także kiepsko zaczęli Francuzi – karny na połowie Ulsteru, błąd w złapaniu wysokiej piłki i już Ulster był na 5 m, i już kruszył mur, a efektem było siedem punktów po przyłożeniu kapitana drużyny Nicka Timoney’a. 3 minuty później był remis, a potem historia się niemal powtórzyła: wygrana górna piłka Ulsteru, karne (i ostrzeżenie za 3 spalone dla filara Montpellier po zaledwie 8 minutach gry), do przyłożenia było o włos. Ale Montpellier ostatecznie opanowało dyscyplinę i zdobyło przewagę – każdą wizytę w polu 22 m Irlandczyków kończyło przyłożeniem i do przerwy prowadziło 26:12. Drugą połowę zaczęło od kolejnej, chyba najładniejszej piątki, a gdy po chwili zrobiło się 40:12, było już po emocjach. I choć wracający po kontuzji Rob Baloucoune zdobył przyłożenie po ładnej indywidualnej akcji, a potem zaliczył asystę, ekipa z Francji się nie zatrzymywała i jeszcze powiększyła przewagę. W efekcie Montpellier trzeci raz w historii zdobyło Challenge Cup – stawia go na swojej półce w regularnych, 5-letnich odstępach. Dla Moheda Altrada to jednak pewnie wciąż za mało – on marzy o największych trofeach, tymczasem Bouclier de Brennus udało się jego drużynie zdobyć tylko raz. A Ulster stracił nie tylko szansę na drugie europejskie trofeum w historii, ale i szansę na grę w Champions Cup za rok.
Grzegorz Bednarczyk
Więcej informacji o rugby w kraju i na świecie przeczytasz na moim blogu „W szponach rugby” [kliknij]