Champions Cup
W półfinałach europejskich pucharów wygrywali gospodarze. W Champions Cup – po zaciętej walce.
Leinster – RC Toulonnais 29:25. Irlandczycy to stali ostatnio uczestnicy (i zarazem przegrani) finałów Champions Cup (no, rok temu potknęli się właśnie w półfinale). Z kolei Tulon wracał do wielkiej gry po ponad dekadzie przerwy. Sporo uwagi już przed meczem przyciągnęły wybory trenerów na pozycje łączników: w Leinsterze koszulkę z dziesiątką dostał Harry Byrne zamiast Sama Prendergasta, a w Tulonie z dziewiątką zagrał Ben White zamiast Baptiste’a Serina. Cóż, Byrne zawiódł, a i Serin, gdy wszedł z ławki, ożywił grę Tulonu. Mecz zaczął się od pudeł z karnych po obu stronach, ale potem licznik zaczął bić obu drużynom. Pierwsze punkty zaliczył Leinster i Irlandczycy wyszli na prowadzenie, którego nie oddali do końca. Było 7:6, po półgodzinie 14:6, ale wtedy przyszedł kiepski moment gospodarzy – dwie żółte kartki, stracone między nimi przyłożenie i gra w trzynastkę przez 10 minut. Jednak Irlandczycy mimo podwójnego osłabienia nie dali się zaskoczyć – przeciwnie, kontrolowali grę, a efektem była żółta kartka po stronie rywali i przyłożenie Leinsteru, które podniosło jego prowadzenie do 11 punktów. Gdy Caelan Doris zdobył czwarte przyłożenie dla gospodarzy, wydawało się, że są już w finale. Tulończycy jednak walczyli, w ostatnich 10 minutach zdobyli dwa przyłożenia, zmniejszyli stratę do czterech oczek i do końca grali o jeszcze jedną piątkę. Sporo kontrowersji wzbudziły pozostawione przez sędziego bez reakcji (czytaj: bez kartek) niebezpieczne kontakty z głowami rywali, zresztą po obu stronach.
Union Bordeaux-Bègles – Bath 38:26. Sporo kibiców zadawało sobie pytanie – czy Finn Russell zdoła powstrzymać francuską potęgę, skoro kilka miesięcy temu poprowadził Szkotów do wygranej nad Francją w Pucharze Sześciu Narodów. Tym razem los jednak nie był dla niego łaskaw i drużyna szkockiego łącznika ataku przegrała z broniącymi pucharu Francuzami (w ten sposób Bath pożegnało się z marzeniami o pierwszym od niemal 30 lat finale Champions Cup), a sam Russell zaliczył kilka bolesnych wpadek i fatalny występ w obronie. Bordeaux zaczęło od tego, co potrafi najlepiej – punktów po błyskawicznym ataku zaczętym przez Damiana Penaud. Bath odpowiedziało po przekopie Bena Spencera do Willa Muira, ale Bordeaux powiększyło przewagę dzięki przyłożeniu Louisa Bielle’a-Biarrey’a. Bath znowu odpowiedziało, ale pierwszą połowę Bordeaux kończyło z prowadzeniem 24:12 dzięki 10 punktom najlepszego na boisku Maxime’a Lucu. W drugiej połowie Bordeaux grało efektownie, Mathieu Jalibert raz za razem przełamywał linię obrony, ale kończyło się podaniami w ręce rywali lub przodami. Tymczasem Anglicy zmniejszyli stratę do pięciu punktów i zanosiło się na emocjonującą końcówkę. I emocje były, Bath miało swoje szanse, ale to Francuzi w końcu przełamali ofensywną niemoc, dwukrotnie zapunktowali i na koniec spotkania Bath mogło już tylko zmniejszyć rozmiary porażki. Kontrowersje były także i tu, a Anglicy oskarżają francuską telewizję o tendencyjne dobieranie powtórek (w taki sposób, aby nie skrzywdzić swojej drużyny – stąd m.in. Lucu mógł uciec od możliwej kary za nieszczęśliwą szarżę na głowę Alfiego Barbeary’ego).
W finale mamy zatem pojedynek obrońców tytułu z jedną z dwóch najbardziej utytułowanych drużyn w historii rozgrywek. Sceną decydującego pojedynku będzie San Mames Stadium w hiszpańskim Bilbao.
Challenge Cup
Ulster – Exeter Chiefs 29:12. Przez pierwsze 25 minut festiwal błędów. Potem dwa wymienione przyłożenia, wynik na styku, a w pamięci kilka niewykorzystanych szans po obu stronach, co zwiastowało zaciętą drugą połowę. Jednak po przerwie Belfastczycy, prowadzeni przez Nathana Doaka, ale grający bez sporej liczby kontuzjowanych zawodników, docisnęli i zdobyli trzy przyłożenia, którymi rozstrzygnęli spotkanie. Chiefs kontynuowali kiepską serię z ligi i zanotowali trzecią porażkę z rzędu.
Montpellier Hérault – Dragons 18:12. Francuzi byli zdecydowanymi faworytami w pojedynku z jedną z najsłabszych ekip URC, ale dla Walijczyków to była wyjątkowa okazja (pewnie najważniejszy mecz od dekady). Na każde przyłożenie Montpellier odpowiadali kilka minut później własnym, a różnicę w wyniku zrobiły karne Thomasa Vincenta. Walijczycy mieli więcej szans (m.in. na samym początku spotkania) i mocno napsuli krwi Francuzom. Ostatecznie jednak gospodarze przeważyli i staną do walki o trzeci swój Challenge Cup w historii.
W finale Challenge Cup tak jak w Champions Cup – w Bilbao zobaczymy pojedynek irlandzko-francuski.
Grzegorz Bednarczyk
Więcej informacji o rugby w kraju i na świecie przeczytasz na moim blogu „W szponach rugby” [kliknij]