Jako trener reprezentacji Polski dwukrotnie prowadziłem kadrę przeciwko Danii. Pierwszy raz miał miejsce 25 maja 1995 r. w Kopenhadze, gdzie rozgrywaliśmy mecz w ramach Igrzysk Bałtyckich. Przegraliśmy 9:16, mimo że prowadziliśmy do przerwy 9:3. Z pewnością była to przykra niespodzianka, ponieważ przeciwnik był niżej notowany. Pojechaliśmy dość eksperymentalnym składem na ten turniej.
W tamtych czasach gra w reprezentacji odbywała się na warunkach w pełni amatorskich. Nie było mowy o zwrotach utraconych zarobków, a koszulki po meczu zawodnicy zabierali ze sobą, jeśli kapitan dał hasło: „Nie oddajemy”. Dresy i marynarki też musieliśmy kupić sobie sami. W związku z tym nie wszyscy gracze mogli wziąć urlopy w pracy. W meczu tym zagrało kilku młodych zawodników, takich jak: Jacek Lis, Sławek Wójcik, Marcin Ociepa, Robert Jumas. Sędziował „duński Anglik” lub „angielski Duńczyk”, serdeczny przyjaciel trenera gospodarzy, którym bardzo zależało na zwycięstwie w tym turnieju. W grach zespołowych tłumaczenia trenerów po porażce są zawsze podobne: po pierwsze „zawinił sędzia”, po drugie „nie miałem wszystkich”, a czasami po trzecie - „wiatr zmienił się w przerwie i graliśmy dwa razy pod wiatr”. Swoich tłumaczeń akurat nie pamiętam, ale nie zmienia to faktu, że mecz przegraliśmy.
Drugi raz grałem z Danią 28 września 1996 r. w Gdańsku, w ramach rozgrywek FIRA. Wygraliśmy 16:10 (11:0) po trudnym i ciężkim spotkaniu. Po meczu spadła na mnie ostra krytyka. Bo jak to? Z Danią tylko sześcioma? Po kilku latach przyjechał w ramach wizytacji do Polskiego Związku Rugby przedstawiciel federacji światowej, niejaki Dag Douglas, który był Anglikiem. Było to nie kto inny, tylko trener Danii z tego meczu. Byłem wówczas kierownikiem wyszkolenia PZR. W rozmowie ze mną i sekretarzem Grzegorzem Borkowskim Douglas przyznał, że duński związek zagwarantował mu bardzo dobre warunki pracy przed meczem z Polską. Niczego mu nie brakowało w ramach przygotowań, bo cel był jasny - awans do wyższej grupy FIRA. Był nawet na naszym meczu w Casablance… podglądać Maroko. Duńczycy przyjechali do Gdańska po zwycięstwo. Powiedziałem wtedy do sekretarza: „Sam widzisz, a myśmy i tak wygrali”. To niskie zwycięstwo okazało się ciężko wywalczonym sukcesem z bardzo dobrze przygotowanym przeciwnikiem, który w tamtym okresie nie szczędził środków na reprezentację. Potwierdza to chociażby zatrudnienie angielskiego trenera, co w krajach rugbowego zaplecza Europy lat 90. nie było zbyt częste.
Maciej Powała-Niedźwiecki